SŁOWO – RUCH – RELACJA

Warsztaty Ekspresji Ruchowej (w oparciu o wzorce ruchowe japońskich sztuk walki)

Słyszeliście kiedyś o inteligencji ruchowej, zwaną inaczej kinestetyczną?

Trafiłem na ten termin czytając książkę „Superskuteczne strategie opanowania języków obcych” Ewy Zaremby. Autorka powyższej pozycji powołuje się na profesora Gardnera i jego teorię inteligencji wielorakiej. 

Według Gardnera nasza inteligencja jest podzielona na kilka rodzajów (m. in. inteligencja językowa, muzyczna czy społeczna) i dobrze jest, jeśli dbamy o rozwój każdego z nich, jeżeli chcemy rozwijać się harmonijnie i skutecznie uczyć nowych rzeczy.

Kiedy zobaczyłem termin „inteligencja ruchowa”, dosłownie podskoczyłem na krześle! To wyrażenie oddaje dokładnie to, co zawsze miałem na myśli mówiąc, że interesuje mnie wyrażanie siebie poprzez praktykowanie japońskich sztuk walki. 

Jednak po ponad dwudziestu latach treningu coraz mocniej zaczął doskwierać mi pewien aspekt, mniej lub bardziej obecnej w sztukach walki. Chodzi mi o „współpracę negatywną”, czyli kumite, walkę, sparring. 

Od dłuższego czasu zadawałem sobie pytanie: czy dałoby się zamienić tę współpracę negatywną na pozytywną? Wszakże wiele klubów sztuk walki zaprasza na treningi mówiąc, że u nich atmosfera jest rodzinna i że każdy, niezależnie od wieku i poziomu sprawności ruchowej, odnajdzie się w ich gronie.

Jednak ja chciałbym pójść jeszcze dalej i stąd propozycja mych warsztatów. 

Otóż w środowisku karate mówi się, że jego techniki (kichon) są słowami, formy (kata) są zdaniami, a kumite (walka) – rozmową. 

Chciałbym – razem z Wami – przekonać się, co możemy osiągnąć, gdy tę „rozmowę” przeprowadzimy inaczej. Gdy ruchy obecne w karate i innych sztukach walki wykorzystamy do tego, żeby przekonać się, co rodzi się w nas samych i w kontakcie z drugim człowiekiem, jeżeli spotkanie nie wiąże się z bólem zadanym przez dany cios, kopnięcie czy obalenie na ziemię. 

Co się stanie, jeżeli kontakt ten będzie empatyczny, uważny? Jeżeli będziemy obserwować nas samych i naszą interakcję z innymi i badać rodzące się uczucia?

Powiecie mi może, że próbuję połączyć ogień i wodę. Sztuki walki i empatię. Gwałtowność i uważność. 

Może tak, bo rzeczywiście chciałbym spróbować czegoś nowego. Przełożyć język, który znam, na inny rodzaj relacji. Ale już widzę komentarze niektórych z Was: o, będą siedzieli, patrzyli sobie głęboko w oczy, głaskali po głowie i jeszcze nazwą to nową sztuką walki!

Otóż nie. Po pierwsze, to co proponuję nie jest warsztatem poświęconym sztukom walki. A jedynie użyciem ich technik do pracy nas sobą i relacją z drugim człowiekiem. Po drugie, chciałbym, żeby każdy, kto weźmie udział w tych warsztatach, wniósł do nich swą energię, doświadczenia i, przede wszystkim, autentyczność. 

Czyli jeżeli pojawi się w nas złość, to i ją będzie można wyrazić, ale w sposób bardziej przenośny, nie godzący w innych. Podobnie z radością, smutkiem, bezradnością i innymi uczuciami. Pod tym względem będzie w tym warsztacie trochę dramy, teatralności, terapii zajęciowej.  

No dobrze, ale jak w ogóle ma to wyglądać, te dwie godziny?

Zaczniemy od krótkiej rozmowy, paru słów o sobie, omówienia oczekiwań, które mamy odnośnie wspólnej pracy. 

Potem rozgrzejemy się wykorzystując trening medyczny, czyli bezpieczne techniki wzmacniające mięśnie posturalne naszego ciała. 

Następnie będziemy pracować w powtarzającym się rytmie: pracy nad opanowaniem danej techniki, a potem zastosowaniem jej w relacji z drugą osobą. Będzie w tym dużo czucia przestrzeni, odległości i kontaktu ze sobą i drugą osobą. 

Popracujemy również bardziej dynamicznie, nad siłą eksplozywną, czyli szybkim ruchem opartym ma pracy mięśni głębokich.

W tak zwanym międzyczasie będziemy również wykonywać ćwiczenia oddechowe i relaksacyjne, zainspirowane między innymi jogą oraz masażem. 

Na koniec będę chciał, żebyśmy spróbowali trochę improwizacji, czyli zastosowania poznanych wcześniej technik w mniej przewidywalnych sytuacjach. 

Od początku do końca naszemu ruchowi będzie towarzyszyła muzyka.

Spotkanie zakończymy relaksacją i rozmową o tym, czego doświadczyliśmy. 

Jeżeli powyższy opis Cię zainspirował, czujesz, że program warsztatów Cię ciekawi, napisz do mnie wiadomość. Podam Ci numer konta i poproszę o wpłatę 50 złotych. Będzie to dla mnie sygnał, że jesteś zdecydowany/a na udział w warsztatach i że mogę rezerwować mój czas i odpowiedniej wielkości salę. 

W skrócie: 

Co? Warsztaty Ekspresji Ruchowej, opartej na japońskich sztukach walki

Dla kogo? Dla każdego, komu sprawność fizyczna pozwala na udział w sportowych zajęciach rekreacyjnych

Kiedy? 7. listopada (niedziela), w godzinach 16.00 – 18.00

(termin ten wynika z chęci pogodzenia życia rodzinnego, zawodowego i „warsztatowego”)

Gdzie? Na warszawskich Bielanach. Dokładny adres będę mógł podać po zebraniu zapisów, gdy będę już wiedział, jakiej wielkości sala jest nam potrzebna. Zakładam, że spotkamy się w dość kameralnym gronie.

Co będzie potrzebne? Luźny strój do ćwiczeń oraz woda. 

Ile wynosi wkład finansowy? 50 złotych

(wynagrodzenie finansowe nie jest głównym motorem powyższych działań. Tym warsztatem chcę przede wszystkim rozwijać własne zainteresowania i czerpać przyjemność z twórczej pracy z innymi ludźmi. Jednak wiem, że zarówno nauczyciel potrzebuje wynagrodzenia, żeby odczuć pełną satysfakcję z odbytej lekcji, jak i uczeń w pełni tę lekcję doceni, jeżeli zainwestuje w nią własne środki. Poza tym pozostaje jeszcze prosty obowiązek zapłaty za wynajem sali)

O mnie: jestem nauczycielem języków obcych, instruktorem karate, medycznym trenerem personalnym oraz terapeutą manualnym (masażystą). Od kilkunastu lat z pasją zajmuję się pracą z ludźmi, zarówno w sali lekcyjnej, jak i na sportowej macie czy przy stole do masażu. Warsztaty, które Wam proponuję, wynikają z mej praktyki, doświadczeń i przemyśleń, jakie zbieram już od ponad dwudziestu lat pracy i łączą me zainteresowania zarówno słowem, jak i ruchem. 

Bliski jest mi również nurt Porozumienia Bez Przemocy oraz rozmowy w duchu terapeutycznym. Ostatnio zacząłem również szkolić się w Life Coachingu.

Zapraszam Cię na moje warsztaty, jeżeli czujesz w sobie ciekawość swych uczuć, chciałbyś/chciałabyś dowiedzieć się czegoś nowego o sobie i o relacjach z innymi ludźmi, a przede wszystkim popracować z własnym ciałem i nad inteligencją ruchową!

PS. Ze względu na sezon zwiększonej ilości zachorowań na tle wirusowym, zrezygnuj proszę z udziału w mych warsztatach, jeżeli podejrzewasz, że mógłbyś/mogłabyś zarazić innych. W przypadku choroby i innych ważnych zdarzeń losowych będę oczywiście zwracał Wam środki na konto. 

Jeżeli znajdzie się grupa osób zainteresowanych działaniem w powyższej formule, będę chciał, aby warsztaty odbywały się regularnie, mniej więcej co dwa tygodnie. 

Kup pan coaching, czyli uśmierzanie bólu metodą MLM (albo jak nie dać się złowić na niusleter, ibuk, łebinar i kursoszkolenia)

Potrzebuję Waszej opinii. Bo nie wiem, czy jestem naiwny i niedzisiejszy, czy też coś w tym, o czym zaraz Wam opowiem, nieco brzydko pachnie. Może nie tak wprost brzydko, ale tak, jakby ktoś psiknął odświeżaczem do powietrza, a w tle została nutka zgoła innej kompozycji zapachowej. 

Zacznę od początku. Przedwczoraj przy innej okazji zachwycałem się tutaj kołczingiem i pisałem o tym, że biorę udział w małym szkoleniu. Zacząłem też czytać książki o rozwijaniu swej „marki osobistej” – bo chciałem dowiedzieć się więcej o docieraniu do ludzi z propozycją zajęć. 

Oczywiście jak tylko zacząłem szperać w Internecie, zaczęły pojawiać mi się w różnych miejscach jakieś oferty szkoleń, łebinarów i niusleterów. Wiemy, jak to jest: istnieją algorytmy reklamowe, a jak zostawiasz gdzieś maila – przyjdzie niusleter, obejrzysz ofertę szkolenia – gdzieś wyskoczy ci jego reklama. Trochę to upierdliwe, trochę oczywiste, ale raczej wszystko jasne. 

Powoli zacząłem więc przechodzić z etapu „nieświadomej niewiedzy”, do „świadomej niewiedzy” – to mądrość z książki „Superskuteczne Strategie Opanowania Języków Obcych” E. Eldridge. 

Dowiedziałem się więc, że jest sporo wiedzy, o której mam zerowe lub mgliste pojęcie. Jednocześnie, czego dowiedziałem się na wczorajszym łebinarze, jako klient złapałem się na „magnes”. 

Otóż „magnes” działa tak, że ktoś gdzieś oferuje jakąś „darmową merytoryczną treść”. Ta treść jest darmowa tylko w teorii, bo faktycznie płacimy za nią naszymi danymi (email, czasem numer telefonu i jakieś dane osobowe) Poza tym czytamy coś, może skomentujemy, generalnie współtworzymy szum wokół jakiejś osoby czy organizacji, która „dając nam coś CAŁKOWICIE ZA DARMO”, zaczyna już nam sprzedawać coś zupełnie innego. 

Nihil novi sub sole, powiecie mi. Myślałeś, że te ibuki, łebinary, darmowe szkolenia i niusletety są tworzone z dobrego serca? Żeby Ci coś dać? Oczywiście, spodziewam się zawsze, że gdzieś będzie jakieś logo, adres czyjejś strony czy też delikatna zachęta do zapoznania się z ofertą. 

Problem polega na tym, że to „delikatnie” się dla mnie wczoraj dość gwałtownie skończyło. Bo było tak: zacząłem ten darmowy kurs, wcześniej złapawszy się na „magnes” darmowego ibuka. Tym samym wskoczyłem do „aktywatora”, czyli kolejnej fazy czterostopniowego modelu sprzedaży. Ponieważ wspomniany „e-kurs” był albo „darmowy”, albo płatny około stu złotych („wersja VIP”), lub czterystu („wersja Premium”). 

Już w tej chwili poczułem lekkie ukłucie z tyłu głowy. Otóż ktoś napominał to tym, ktoś kto sprzedaje inne usługi niż okołokołczingowe. Byli to specjaliści od masażu i w zamkniętej grupie na portalu społecznościowym sugerowali, że warto jest mieć trzy ceny danego produktu, a „klient” zazwyczaj wybierze tę środkową: bo ta najtańsza wersja jakaś uboga, najdroższa to za duży wydatek, więc biorę to, co pomiędzy. Tym samym mamy prawie pewność, który nasz „produkt” będzie się najlepiej sprzedawał. 

Przy okazji, nagle zdałem sobie sprawę, że to środowisko kołczingowe to już trzecie w mym życiu otoczenie (po masażerskim i personalno-treningowym), gdzie działają te same schematy. Więc pewno jest mnóstwo innych „branży”, gdzie to działa podobnie. Dlatego, jeśli może nie byliście tego sprzedażowego schematu świadomi, ma wypowiedź pomoże Wam coś zobaczyć. Niby to wszystko wiadomo, niby każde dziecko rozumie, a jednak chyba nie wszystko w tym, jako „klienci”, kontrolujemy. 

Wróćmy jednak do mego „e-kursu”. Jest w sumie ciekawy, tekst co prawda napisany nie zawsze poprawnie, sporo błędów stylistycznych, ale nie będziemy się czepiać: jest „za darmo”. 

Jak się zresztą dowiedziałem w trakcie łebinaru, który to łebinar traktował o rozwijania własnej działalności, „produkt” nie musi być dopracowany, zanim nie znajdziecie „klientów”. „Produkt” dopracowujemy dopiero wtedy, gdy ludzie za „produkt” ZAPŁACILI – wszakże deklarowanie „kupna” nie oznacza faktycznego „kupna”. 

Dopiero gdy środki mamy na koncie, zaczynamy „dopracowywać” produkt. Czytaj: na szybce go klecić. Bo przy okazji naszego łebinaru, prowadzący kołcz i kołczerka pochwalili się, że potrafią „postawić stronę” z ofertą szkolenia w trakcie jednej rozmowy telefonicznej. Jakość w rozsądnej cenie, chciałoby się rzec!

Poza tym dowiedzieliśmy się jeszcze, że nie musimy być „nie wiadomo jakim” ekspertem z danej dziedziny. Gospodarz łebinaru wspomniał o teorii trzech książek: czyli że wystarczy przeczytać trzy książki na dany temat, żeby wiedzieć więcej niż 90 % ludzi wokół nas. 

Ale, żarty żartami, my mamy jednak „wiedzę ekspercką” i doświadczenie posiadać. I bez przesady z tym wątpieniem w siebie: wraca cyfra trzy. Bądź trzy kroki przed swym „klientem”, a będziesz mógł „sprzedać” mu naprawdę dużo wiedzy. Wszakże on nie wie nic i potrzebuje takiej „pigułki”. 

Gospodyni łebinaru dodaje w tej chwili: zobaczycie, powiecie „im” parę rzeczy, a potem usłyszycie, że „nieba im uchyliliście”. To ostatnie wypowiedziane sarkastycznym tonem. 

Ukłucie z tyłu mej głowy zaczęło doskwierać mocniej. Czyli, jak dowiedziałem się na „e-kursie”, moje ciało zaczęło „odzwierciedlać”, wysyłać odpowiedź. Trochę też zalała mnie krew, bo poczułem ciepło, zdenerwowanie. 

Jakieś doświadczenie surrealistyczne, może schizofreniczne? Matrix? Bo przecież przed chwilą ktoś z uczestników łebinaru napisał na czacie, że dziękuję za informację o byciu „wystarczająco dobrym espertem”. Że to dla tej osoby wielka ulga. Że nie trzeba być „mistrzem” Czyli gospodarze „uchylili tej osobie nieba”. A to przecież takie banalne i wręcz śmieszne. 

Nauczony doświadczeniem, może nie kołczingowym, ale moim własnym, podążyłem za uczuciami ciała. Chociaż trochę mi niezręcznie, napisałem na czacie pytanie: ale jak to jest, to wy tłumacząc nam, jak „sprzedawać usługi”, jednocześnie, w czasie rzeczywistym, sprzedajecie nam usługę?!

Nie ma w tym nic dziwnego, odpowiada kołczini. Wszystko było jasne od początku, „full disclousure”. A jednak chyba nie, drążę temat, bo nie pamiętam informacji, że w trakcie łebinaru coś będzie mi sprzedawane. Oczywiście, spodziewałem się logo, adresu strony, wspomnienia (subtelnego? Wydoroślej!) „oferty” państwa kołczów. 

Zresztą, tak teraz myślę, użycie języka prawniczego chyba ma w tym przypadku znaczenie: czyli że są jakieś tajemnice, które mogą być ujawniane albo nie?

Kołcz nie traci rezonu: być może nie powiedzieliśmy dość jasno, nie zawarliśmy informacji o sprzedaży w trakcie łebinaru. Dziękuje mi za głos. 

Profesjonalizm. Delikatnie może zbici z tropu, że nie śpiewam w chórze zadowolonych i wdzięcznych, ale cóż, na pewno przeszli niejedno szkolenie z odpowiedniego traktowania „niezadowolonego klienta”. 

Jednak, kiedy na mój ekran wjeżdża slajd o wspomnianym wyżej czterostopniowym modelu sprzedaży, którego to modelu krokiem trzecim jest „produkt główny”, a my po chwili dowiadujemy się, że możemy państwa kołczów „e-kurs” i inne szkolenia kupić właśnie dzisiaj z 15% zniżką, coś we mnie puszcza. Mówię, że czuję się jakby mi się nachalnie sprzedawało garnki.  

Kołcz w końcu sięga po ten argument i mówi, że przecież nie zmusza nikogo do obecności na łebinarze. Jednak ja zostaję do końca, bo chcę zrozumieć jak najlepiej, jak działa ten internetowy proceder sprzedaży wiedzy eksperckiej w formie ibuków, niusleterów, łebinarów i kursoszkoleń. Kołcz jednak znowu wszystko rozumie i po raz kolejny dziękuje za mój głos. 

Dwie godziny minęły, skończył się łebinar, mój mózg jest nieco wyprany. Łączą się różne fakty, wspomnienia, uczucia. Zaraz, jak to się nazywało… MLM? Multi-level marketing? Piramidy finansowe? Amway, Avon i tym podobne. I te sytuacje, kiedy ktoś dawno niesłyszany odzywa się, bo ma „wyjątkową propozycję” i mówi, że to „nie jest sprawa na telefon”. 

Z dobrej woli spotykasz się z koleżanką ze studiów czy dawnym uczniem, ale po chwili okazuje się, że on czy ona chce cię po prostu wykorzystać. Zaproponować ci, żebyś za coś zapłacił/zapłaciła, że potem dostaniesz jakieś produkty (bądź nie), że wszyscy zarobią i będą szczęśliwi. Grzecznie się wycofujesz mówiąc, że jeszcze przemyślisz sprawę i szybciutko, jeszcze w drodze powrotnej, blokujesz numer tej osoby w telefonie. Może brutalnie, ale chyba trzeba się chronić, zwłaszcza jeżeli ktoś, świadomie bądź nie, chce znajomość z Tobą „spieniężyć”. 

Skądinąd wiem, że jedno z kołczów pracowało kiedyś w instytucji o wątpliwej reputacji. Takiej, która łatwo pożyczy Ci pieniądze, „na dowód”. Szkolił tam ludzi? Czyli niby nie maczał w tym palców? Ale czego ich on tam uczył? Jak być miłym dla „klienta”? Czy raczej jak mu „sprzedać produkt” tak, żeby tamten kupił z poczuciem, że zrobił interes życia? Weźmie pięć tysięcy, a zwróci dziesięć? Albo nie zwróci i wpadnie w zaklęte koło długów?

To już moja fantazja, ale, z drugiej strony, czy nie jesteśmy trochę odpowiedzialni za to, co robi organizacja, dla której pracujemy? Poza tym, powyższy fakt pomógł mi zrozumieć jeszcze jedno: jak taki „miły” kołcz, empatyczny, „kierujący się wysoką etyką zawodową” (to z jego strony internetowej), może pracować nie tylko w takim „miękkim” lajf kołczingu, ale również w biznes kołczingu. 

Po tym łebinarze wiem, że łeb na karku ma. Studia odbył. Akredytacje zdobył. Praktykę i doświadczenie wypracował. A teraz sprzedaje. 

A co sprzedaje? Jak sam mówi, „odpowiedź na twój ból”. Starannie dopiera „produkt”. Poznaje twoje bolączki. Zadaje odpowiednie pytania (czy chciałbyś rozwinąć własną działalność, ale się boisz? Czy chciałbyś wypróbować bycie przedsiębiorcą, ale masz obawy? I tym podobne…). A ty powoli: ściągasz ibuka, ogądasz łebinar, kupujesz „e-kurs” aż w końcu bach! Kupujesz produkt główny. Potem dostaniesz jeszcze „maksymalizator”, czyli na przykład „sesję superwizyjną”. 

Generalnie, czy coś w tym wszystkim złego? Ci ludzie przecież, jak mówią, „pomagają innym”. Pomagają ruszyć z miejsca, gonić marzenia, rozwijać się. Czy aby na pewno? A zauważyliście, ile ostatnio jest chociażby kursów na trenera personalnego? Czy potrzebujemy aż tylu trenerów personalnych? Czy też samo trenowanie trenerów nie stało się dużym biznesem? Czy taki trener personalny ma duże szanse na odnalezienie się na rynku? Jeżeli nie studiował na AWF-ie lub jest fizjoterapeutą lub doświadczonym kulturystą, droga do samodzielności finansowej, wynikającej z wykonywania tego zawodu, będzie długa i niekoniecznie zwieńczona sukcesem. 

Podobnie jest, wydaje mi się, w obszarze kołczingu. Sam kołczing to jedno. Wydaje się pomagać, operować konkretnymi narzędziami, wymagać doświadczenia i wykształcenia. Ale jego „sprzedawanie” jako przystępny zawód budzi me wątpliwości. 

Bo trochę to wygląda tak, że „starzy” kołczowie, albo jakaś ich część, zaczęła się głównie „sprzedawaniem” kołczingu jako zawodu. Zrób półroczny kurs za siedem tysięcy złotych (tysiąc złotych zniżki przy wcześniejszym zapisie!), podpowiemy Ci, jak zacząć (za dodatkowe tysiące są dodatkowe szkolenia: kołczing w biznesie, kołczing par… Oraz kołczing kołczingu, bo wspomniany wyżej kołcz jest superwajzorem i kołczuje innych kołczów. 

Wszakże, jak sam powiedział, kołczing jest trudno sprzedać. Więc on i inni sprzedają bycie kołczem, kursy kołczingu, wstęp do kołczingu oraz ibuk o kołczingu. 

Zaraz, a co w tym złego? Sprzedaje i tyle? Siłą nie zmusza? Coż, siłą nie. Tylko kilkoma metodami, bardzo wyrafinowanymi. Tylko czasem coś pachnie. Garnek się przypalił? 

PS. Do tej pory w tym tekście użyłem tylko jednego tytułu książki. Wspomnę jeszcze przedwczorajsze „Strategia Błękitnego Oceanu” W. Chan Kim i Renée Mauborgne oraz „Model Biznesowy Ty” T. Clarka, A. Osterwaldera oraz Y. Pigneura. Tym samym jestem ekspertem. I radzę Wam uważać!

PS 2. Piszę te wszystkie terminy „branży sprzedażowej” w cudzysłowie, bo szczerze mówiąc zaczęły mnie one brzydzić jeszcze bardziej niż zawsze. Nigdy nie lubiłem żargonu, a teraz jeszcze mam wrażenie, że spece od sprzedaży widzą świat tylko w kategoriach „klient”, „produkt”, „cena” czy „sprzedaż”. 

Tak, można wszystko do tego sprowadzić, ostatnio dowiedziałem się o teorii Analizy Transakcyjnej, ale równie dobrze można patrzeć na świat przez inne okulary, prawda? Wybór należy wyłącznie do nas? Czy znowu jestem naiwny? 

Przy okazji kolejne wspomnienie książki „Superskuteczne Strategie…” : że nasze myśli przeradzają się w decyzje; decyzje w działania; działania w nawyk; nawyk staje się twą drugą naturą; ta natura tworzy twe życie. Czyli jeśli tak na to spojrzymy, to jeśli myślisz tylko o sprzedaży, to całe twe życie staje się jedną wielką sprzedażą? 

PS 3. Kołczini z łebinaru wspomniała też o „strachu przed zarabianiem”, „strachu przed sukcesem”. Szczerze mówiąc, wolę dalej bać się zarabiania niż zacząć Wam wysyłać niusletery z zaproszeniem na łebinar. I sprawdzać statystki, kto na co zareagował, na co jest popyt i jak Wam coś sprzedać. Chyba jest inna droga, nawet do zarabiania i sukcesu? 

Czarny pas karate a prawdziwe męstwo

Ostatnimi czasy zainteresowałem się coachingiem. Tak, wiem, coaching jest tematem wzbudzający kontrowersje. Jeżeli i wy sądzicie, że to jakieś hochsztaplerstwo i wyłudzanie od ludzi pieniędzy, sprawdźcie proszę na czym coaching tak naprawdę polega, bo często jest mylony z metodami takimi jak doradztwo, mentoring czy mowy motywacyjne. A w coachingu chodzi przede wszystkim o zadawanie trafnych pytań i o jednym z nich chciałbym dzisiaj opowiedzieć.Zacznę od tego, że ja sam zapisałem się na razie na krótki kurs, żeby coaching poznać i zacząłem robić różne ćwiczenia. Odnalazłem też na półce pożyczone kiedyś od brata i nieco zapomniane książki: Strategię Błękitnego Oceanu oraz Model Biznesowy Ty. W tej ostatniej pozycji w jednym z ćwiczeń padło pytanie, które miało pomóc mi uświadomić sobie, co tak naprawdę mnie pasjonuje. Brzmiało ono tak: Przypomnij sobie dowolny moment sprzed ukończenia dwudziestego roku życia. Co uwielbiałeś wtedy robić? Być może robiliście już tego typu ćwiczenia milion razy, a może nie zamierzacie robić ich nigdy. Można się zżymać, że to nie działa, że to infantylne, że to wszystko już było. Mnie jednak interesuje głównie fakt, że gdy odpowiedziałem sobie na to pytanie, coś do mnie dotarło, coś sobie uświadomiłem. Otóż jeżeli ja miałbym na to pytanie odpowiedzieć, to nie mam żadnej wątpliwości, jaka powinna być odpowiedź. Owszem, przed ukończeniem dwudziestego roku życia lubiłem fotografię i samodzielne wywoływanie zdjęć, spędzałem dużo czasu na obozach harcerskich i kajakowych, a przede wszystkim ceniłem sobie towarzystwo przyjaciół. Ale tym czymś, co przez kilka lat liceum i studiów wyznaczało rytm mego życia było karate. Dlaczego karate, a nie inny sport? Zdecydował o tym fakt, że treningi właśnie tej sztuki walki ruszyły w szkole znajdującej się nieopodal mego domu. Poza tym na zajęcia wybierał się mój kolega z harcerstwa i razem było nam raźniej. I tak to się zwyczajnie zaczęło. Chociaż nie bez znaczenia pozostaje fakt, że mieszkaliśmy wtedy w małej podwarszawskiej miejscowości i zdarzały nam się różne nieprzyjemne sytuacje, wynikające z zetknięcia z młodzieżą noszącą sportowe stroje. W związku z tym chcieliśmy poczuć się pewniej: nauczyć samoobrony i przestać się bać.

Jednak nie o samoobronę tak naprawdę w tych treningach chodziło. Jak ktoś słusznie zauważył, metodologia karate tak naprawdę nie służy temu celowi. Jeżeli ktoś chce nauczyć się radzić sobie w sytuacjach zagrożenia życia i zdrowia, prawdopodobnie powinien udać się na zajęcia podporządkowane stricte temu celowi. Mam tu na myśli metody takie jak Krav Maga, Sambo czy inne systemy mające słowo „combat” w nazwie. Na takich zajęciach będą mówili Wam, że samoobrona to przede wszystkim uważność, unikanie niebezpiecznych miejsc i niewchodzenie w niepotrzebne konflikty. Będą też organizować ćwiczenia, w trakcie których to ćwiczeń będą symulowane sytuacje przypominające nieprzyjemne zdarzenia, które mogą Was w życiu spotkać. A Wy będziecie starali się wyjść cało z opresji, korzystając z poznanych wcześniej technik. Oczywiście, nie wszystko, czego uczy się na tego typu zajęciach znajduje zastosowanie w samoobronie i jest skuteczne, ale to już inny i bardzo obszerny temat. A karate? Mówi się, że karate jest jedno, jednak wyróżnia się wiele stylów, zarówno okinawskich, jak i japońskich oraz tych, które powstały już na zachodzie. Jest nawet jeden styl polski, ale spuśćmy na ten fakt zasłonę milczenia. Styl, który reprezentował mój ówczesny trener, nazywa się Kyokushin. Na marginesie dodam, że sam ten styl jakiś czas temu, zapewne ze względów politycznych i finansowych, uległ podziałowi na kolejne style. Niemniej trzeba oddać Kyokushinowi i jego pochodnym, że mają w świecie sztuk i sportów walki swą renomę, która zapewne wynika z faktu, że preferują one walkę w pełnym kontakcie. Czyli mówiąc potocznie, bicie z całej siły. Naturalnie, zarówno na sali treningowej, jak i na zawodach, obowiązują pewne zasady: nie wolno uderzać i kopać w genitalia, stawy, czy gdy druga osoba jest odwrócona do nas plecami. Są też różne inne niuanse, jednak w tej chwili chcę zwrócić Waszą uwagę na fakt, że przez kilka lat odbyłem pewno kilkaset takich walk. Niektóre z osobami mniej zaawansowanymi ode mnie i wtedy zazwyczaj było mi łatwiej. Zazwyczaj, bo jeżeli był to starszy i dużo cięższy ode mnie mężczyzna bijący na oślep, to moje większe doświadczenie dawało mi co najwyżej szansę na uratowanie skóry, a nie na spektakularne zwycięstwo. Mam tu na myśli pewnego nauczyciela wychowania fizycznego, który ważył pewno dwa razy tyle co ja, ćwiczył piłkę ręczną i miał rękę przypominającą młot. W zetknięciu z nim liczyło się tylko to, że miałem dobrą kondycję, a on szybciej się męczył. Więc, nieświadomi faktu, że stosowaliśmy słynną zasadę polskiej szkoły boksu – DPO: doskocz, przypierdol i odskocz – jakoś się przed młotem bogów z drugim skautem ratowaliśmy. Muszę też zaznaczyć, że nigdy nie przemogłem się, żeby bić mocno kogoś, kogo postrzegałem jako słabszego od siebie. Starałem się zawsze dostosowywać do drugiej osoby, tak żeby walka nie przerodziła się w jakieś brutalne pastwienie się nad słabszym. Jednak, jak wszędzie, ludzie byli różni.

O czym przekonałem się na przykład wtedy, gdy jechaliśmy na egzamin do Krakowa – bo od pewnego stopnia zaawansowania trzeba było stawić się tam przed samym prezesem organizacji Kyokushin w Polsce – i po dwóch godzinach bardzo intensywnego sprawdzianu technik, kichon, oraz form, kata, nastąpił czas na kumite, czyli walki. Gdy, zlani potem, który po prostu ciekł z nas, jak gdybyśmy przed chwilą wyszli w naszych strojach karate-gi spod prysznica, podnosiliśmy drżącymi ze zmęczenia rękoma butelki z wodą do ust, ktoś z sali wskazał na rosłych mężczyzn w czarnych pasach, którzy rozgrzewali się w dalszej części hali sportowej. Byli to członkowie kadry narodowej. Przyszli poćwiczyć przed zawodami. Z nami? Raczej na nas. Bo możecie sobie wyobrazić, jak żywotni byliśmy w tamtej chwili. Chodziło nam już tylko o przetrwanie. O to, żeby nie zostać znokautowanym, bo wtedy cały wysiłek na marne i egzamin niezdany. Taki był, i pewno nadal jest, Kyokushin. Ja rozstałem się z nim po siedmiu latach treningów, posiadając wysoki stopień uczniowski i ukończony kurs instruktorski. Czułem, że ta formuła się dla mnie skończyła. Pamiętam do dzisiaj, jak w trakcie jednego z krakowskich egzaminów, słuchając wykrzykiwanych po japońsku cyfr, w dyktando których to cyfr wykonywaliśmy kolejne kopnięcia, patrzyłem przez wysoko umiejscowione, zakratowane okno sali. Widać przez nie było tylko jedno: niebieskie niebo. I pomyślałem wtedy, że nie chcę już być tutaj, że chcę być tam. Tym czymś, co dało mi powód odejścia od karate Kyokushin okazał się być roczny wolontariat zagraniczny, o którym to wolontariacie dowiedziałem się od tego samego kolegi, który parę lat wcześniej zareklamował mi treningi karate w naszym mieście. Historia zatoczyła koło. Dlaczego w takim razie karate stanęło na pierwszym miejscu mej listy rzeczy, które uwielbiałem robić przed dwudziestym rokiem życia? Co było w tych treningach, że były dla mnie takie ważne i wartościowe? Otóż doszedłem do wniosku, że dla mnie było w nich coś zgoła mistycznego. I nie chodzi mi o to, że sensei, czyli nauczyciel, namawiał nas do przejścia na buddyzm, czy coś w tym rodzaju. Tamte treningi były czymś na kształt spektaklu, antycznego dramatu. Tak, aż tak. Dlaczego? Bo miały stałą oprawę: każdy trening rozpoczynał i kończył się krótką medytacją w klęcznej pozycji zazen. Trener namawiał nas, żebyśmy w jej trakcie – przed treningiem – zapominali o troskach życia poza salą, dōjo, i przygotowali się na ćwiczenie z pełną uwagą. Po treningu, gdy wykonaliśmy już plan treningowy, który składał się z określonych części i mógł być skupiony zarówno na kata, kumite albo na podnoszeniu naszej sprawności ogólnej, znowu siadaliśmy w zazen, a sensei kierował naszą uwagę na wykonane uprzednio ćwiczenia i sugerował wyciszenie umysłu przed wyjściem poza dōjo. Te kilka minut medytacji po treningu, kiedy po dziewiędziesięciu minutach wytężonej i skupionej pracy ciało z przyjemnością zamierało w klęku japońskim, było lekiem na całe zło, czyli znoje mojego ówczesnego życia. Znikały problemy rodzinne, osobiste, klasówki, nauczyciele, problemy, pieniądze, kompleksy i ambicje. Umysł odpuszczał, myśli było w nim tyle, co chmur na wspomnianym wcześniej niebieskim niebie. Przychodziło katharsis, oczyszczenie z fizycznego napięcia i umysłowego umęczenia. Byłem w jednym miejscu, ciałem i duchem. Byłem w swym ciele. Byłem z siebie zadowolony. Zrobiłem wszystko, jak umiałem najlepiej. Czułem szacunek do siebie i do ludzi, którzy siedzieli obok mnie. Nawet do władcy młota bogów, bo w końcu i on pomógł mi dojść do tego miejsca. Miejsca, w którym ja, Michał Rudnicki, byłem spójny, spokojny i spełniony. To chyba całkiem dużo, prawda?I za tym właśnie tęsknię, i za to właśnie dziękuję karate. Nie tylko stylowi Kyokushin, bo parę lat później wróciłem do treningów karate, w stylu Shotokan. Jest to styl starszy, a jego treningi są – zazwyczaj, bo wiele zależy od trenera – bardziej skupione na szybkości i zwinności, niż na brutalnej sile.

Dzięki tej różnicy mogłem, po pięciu kolejnych latach treningu, zdać egzamin na czarny pas. Który to pas, jak zapewne wiecie, jest tylko symbolem, bo nie daje przecież żadnych nadprzyrodzonych mocy. W środowisku karate mówi się zresztą, że czarny pas to dopiero początek drogi, że ukończenie tego etapu rozwoju daje tylko podstawy sztuki karate i że dopiero na tych podstawach można budować coś więcej. Takie dywagacje są w świecie sztuk walki bardzo popularne, ale nie o tym chcę teraz mówić. Chcę natomiast mówić o tym, że zdanie egzaminu karate na czarny pas miało być moim momentem triumfu. Miało zamknąć pewien rozdział i otworzyć kolejny. Chciałem udowodnić sobie i swemu otoczeniu, że jestem konsekwentny, że nie odpuszczam marzeń i że, mimo potężnego życiowego dołka, który po drodze zaliczyłem, znowu stoję twardo na nogach. A tymczasem już przygotowania do tego egzaminu przebiegały dość nietypowo. Na rok przed jego datą nasz trener postanowił opuścić duży klub sztuk walki, w którym dotychczas razem ćwiczyliśmy. Chciał skupić się na prowadzeniu własnej sekcji, położonej na przeciwległym krańcu miasta. Mnie zaproponowano prowadzenie zajęć w dotychczasowej lokalizacji. Z jednej strony cieszyłem się z tego, że mogłem prowadzić kolejne zajęcia. Z drugiej jednak oznaczało to, że do egzaminu przygotowywaliśmy się razem z kolegą z dotychczasowej sekcji głównie sami, bo z przyczyn logistycznych nie mogliśmy sobie pozwolić na częste wizyty u dawnego sensei.I tak, nieco niepewni, ale zdeterminowani i przygotowani – wszakże szczegółowy program wymagań przećwiczyliśmy niezliczoną ilość razy – stawiliśmy się na egzaminie w nieco dla nas egzotycznym, ale bardzo sympatycznym miasteczku Pleszewie. Razem z naszym trenerem było nas z Warszawy pięciu. Dawny sensei zdawał na drugi dan, czyli drugi stopień mistrzowski. A my, pozostali czterej, którzy razem przebyliśmy prawie całą drogę od najniższego stopnia, dziesiątego kyu, do najwyższego w systemie stopni uczniowskich pierwszego kyu, mieliśmy zdać egzamin na pierwszy dan. Razem z nami zdawało egzaminy kilkanaście innych osób z różnych części Polski. Na samym początku nieco obniżyła mego kolegi i moje morale wiadomość, że nie wszystkie wymagania dobrze zrozumieliśmy, i że jedną rzecz mamy źle przygotowaną. Zatem na szybko zaczęliśmy weryfikować stan wiedzy. Oczywiście, trochę nas to zbiło z tropu, ale nie było mowy o wycofaniu się. Zaczął się egzamin. A musicie wiedzieć, że egzaminy w stylu Shotokan były zazwyczaj o połowę krótsze niż te w Kyokushinie. Nie tak wykańczające kondycyjnie, ale za to bardzo konkretnie weryfikujące kolejne wymagania, jedno po drugim, w bardzo szybkim tempie. Momentami czułem, że w klatce piersiowej brakuje mi powietrza, ale kondycja mnie nie zawiodła. Nie czułem się też tak fizycznie zagrożony, jak na krakowskich egzaminach. Ogólnie nastrój był przyjazny, prawie rodzinny. Po około godzinnym sprawdzeniu naszych umiejętności w zakresie kichonu i kata, przyszedł czas na kumite. Egzaminator podkreślał, że mamy szanować sparingpartnerów i walczyć zgodnie z przepisami. Poza jednym starszym sensei, który mimo uwag egzaminatora starał się udowodnić, jakim bezwzględnym jest fighterem – na szczęście nie przypadła mi przyjemność sparowania z nim – wszystko przebiegło w duchu skupienia i lekkiego napięcia, ale nie przekraczając akceptowalnego dla mnie poziomu stresu. Oczywiście popełnialiśmy błędy, ktoś się zdenerwował, ktoś musiał coś powtórzyć, ale to wszystko wydało mi się takie ludzkie. I logiczne: skoro przebyliśmy całą drogę od dziesiątego kyu, skoro nasi sensei dopuścili nas do egzaminu, to znaczy, że ogólnie jesteśmy do niego przygotowani. Wraz z ostatnią komendą yame, oznaczającą koniec ostatniej walki, poczułem przypływ pozytywnych emocji. Chyba się udało, nie popełniłem kardynalnych błędów, co prawda gdzieś improwizowałem w tej źle przygotowanej sekwencji, raz też nie zmieściłem się i w trakcie kata zatrzymałem się na ścianie, ale w końcu zdawaliśmy egzamin w dość małej sali. Część praktyczna egzaminu została niebawem zakończona, shihan, czyli egzaminujący nas nauczyciel o wysokim stopniem mistrzowskim, pozwolił nam na odpoczynek, a sam rozpoczął wypisywanie dyplomów. My w tym czasie zaczęliśmy omawiać to, czego przed chwilą doświadczyliśmy, wymieniać się spostrzeżeniami, wyrażać zadowolenie. Emocje zaczęły ustępować, pot na naszych karate-gi nieco wysechł, poczuliśmy zmęczenie. W moim przypadku był to moment, na który czekałem od bardzo dawna.

Minęło wtedy prawie dwadzieścia lat, od kiedy pierwszy raz postawiłem nogę w dōjo. Karate w sumie trenowałem jakieś dwanaście lat, a w tak zwanym międzyczasie zgłębiałem również taekwondo, jujitsu, judo oraz kick-boxing. Czułem, że te moje wysiłki zostaną symbolicznie ukoronowane. Że ktoś powie, że, jak to się mówi po angielsku, jestem artystą, prawdziwym martial artist. Zamiast tego otrzymałem przysłowiowy kubeł zimnej wody na głowę. Shihan ustawił nas w rzędzie. Jak się zaraz okazało, na końcu, gdzie między innymi byłem ja, stali Ci, którzy zdali najsłabiej. Na samym początku stali piątkowi. Na końcu – trójkowi. Stara, dobra szkoła. Egzaminator wręczanie dyplomów zaczął od najlepszych. Gratulował im talentu i przygotowania. Po drodze był nasz sensei i dwóch kolegów z dawnego klubu. Dostali piątki, co mnie nie zdziwiło. Wiedziałem, że są lepsi ode mnie, po prostu tak czasem jest. Lepsza koordynacja, warunki fizyczne, inne doświadczenia życiowe. W porządku, nie miałem z tym dużego problemu. W końcu przeszedł moment na nas, trójkowych. I zaczęła się połajanka. Że niedokładne wykonanie technik, że błędy, że nie dość dynamicznie, że momentami bardzo źle. Wszystko to z kwaśną miną i prawie obrzydzeniem. Byłem wtedy dość blisko powiedzenia, że w takim razie dziękuję bardzo i proszę sobie ten dyplom zabrać. Bo albo dajesz dyplom, albo nie, ale po co to obrzucanie błotem?! Wszakże na dyplomie nie ma miejsca na ocenę. Ale, słusznie czy niesłusznie, zagryzłem zęby. Nie chciałem swym zachowaniem zaszkodzić dawnemu senseiowi i kolegom. Od tego momentu minęło już pięć lat. Pięć lat, przez które, gdy tylko pojawił się temat mego czarnego pasa w karate, wracały do mnie tamte uczucia i niesmak. Miałem się cieszyć z tego ukoronowania pewnej drogi, z faktu, że me życie wraca na dobry tor, że osiągam założone cele. A przede wszystkim, że jestem kimś. Jestem martial artist. Mam czarny pas w karate. A tymczasem po cichu włożyłem dyplom do teczki z ważnymi dokumentami. Zajęcia w naszej starej sekcji wkrótce przejął mój kolega, a ja zająłem się innymi sportami walki. Można sobie tłumaczyć, że tak to jest z egzaminami, można zdać lepiej lub gorzej, że liczy się fakt, że egzamin zdany, a w ogóle, że nie o oceny chodzi, tylko o własną satysfakcję. Ktoś sympatyczny powie może, że jak się słabo umie, to po co się dziwić. Że czarny pas nie należy się za byle co. I teraz te wszystkie myśli, wspomnienia i uczucia wróciły. Pod wypływem tego jednego coachingowego pytania: Przypomnij sobie dowolny moment sprzed ukończenia dwudziestego roku życia. Co uwielbiałeś wtedy robić? No, ćwiczyć karate. Zadajmy wspólnie kolejne pytania: i co Ci to dawało? Hm. Na pewno nie tak zwaną umiejętność bicia się. To się chyba albo ma, albo nie. Ja kilka razy miałem możliwość użycia karate w obronie własnej i co? Tu wracamy do wstępu, czyli kwestii samoobrony. Jej na karate zasadniczo nie ćwiczyłem. Więc w sytuacjach konfliktowych reagowałem różnie. Czasami komuś po prostu się wyrwałem i odszedłem, innym razem odbiegłem, w zmaganiach grupowych rzucałem się na tych złych i siedziałem im na plecach, tak żeby nie mogli tłuc moich kolegów. Czasami stawałem w obronie innych, raz nie zauważyłem ciosu i wylądowałem w szpitalu, parę razy ktoś odpuścił, może widząc mą determinację. Ale jedno jest pewne, nie miałem zwyczaju zostawiać drugiej osoby w potrzebie. Czy to karate? Może tak. Zatem nie zostałeś ulicznym mścicielem. A jakieś inne zalety trenowania karate przez tyle lat widzisz? Popatrzmy. Jakiś czas temu czytałem książkę o japońskim rytuale parzenia herbaty. I autor tłumaczy w tej książce, że niby w tym chodzi o przygotowanie ciepłego napoju, a tak naprawdę to jest zen. Czyli praktyka duchowa. Dążenie do ideału, niepoddawanie się, odrywanie się od spraw przyziemnych. Oczyszczanie umysłu. Czy podobnie jest w karate? Na to wygląda. Czyli niby mamy uczyć się walczyć, ale naprawdę pracujemy nad swoim charakterem? Brzmi znajomo? Czy widzisz przejawy takiego podejścia w swym życiu? Ano widzę. Czyli to też karate. Jakieś inne zalety trenowania karate widzisz? Może zdrowie? Psychiczne i fizyczne? Że mam nawyk uprawiania sportu, że mam niezłą koordynację ruchową, że dość szybko uczę się nowych wzorców ruchowych? Że jak czuję się źle psychicznie, to idę do parku i ćwiczę i potem jest mi lepiej, bo wydzielają mi się te dobre hormony? Coś jeszcze z tego karate wyciśniesz? Nienajgorsze panowanie nad sobą w sytuacjach stresujących? Głęboki wdech, wyciszenie, skupienie na celu – jak na tych jednych zawodach, które wygrałem. Było też parę drugich i trzecich miejsc. Dodaje mi to otuchy, kiedy się zaczynam martwić, że pani laryngolog mi będzie czyściła ucho wielką strzykawką albo mam wystąpić publicznie lub poprowadzić pierwsze zajęcia w nowej grupie. Czy pójść na rozmowę o pracę. Jeśli przeżyłem zderzenie z młotem bogów, jeżeli nie pokonał mnie jurny czarny pas szykujący się do zawodów, to chyba i teraz dam radę!A ten tekst? Ten tekst? Pomyślałem o nim dwa dni temu. Dzisiaj miałem czas, wziąłem się za pisanie. W trakcie owego pisania pary razy miałem ochotę się poddać, ale nie zrobiłem tego. Bo obiecałem ten tekst sobie. I Wam. Wam? To też karate? Tak, ci wszyscy ludzie, których spotkałem na treningach. Przecież z niektórymi widywałem się w ten sposób regularnie przez kilka lat. Nawet jeśli już się nie widujemy, to świetnie było należeć do takiej małej społeczności. Po prostu wspólnie ćwiczyć i być razem. Iść razem do celu.Dobrze więc, jak zatem będzie? W porządku? Niebo niebieskie? Jesteś martial artist? Tak, niebo niebieskie, parę chmur się czasami pojawi, ale na szczęście z czasem znikają. A czy jestem martial artist? Tego nie wiem. Jestem karateką. I mam czarny pas. I należy mi się!

Dyplom Technika Masażysty

Mogę śmiało powiedzieć, że na ten moment czekałem od dwóch lat. Chociaż tak naprawdę wcale nie śpieszyło mi się do ukończenia nauki w Policealnej Szkole Medycznej w Warszawie, ponieważ uczyłem się ciekawych rzeczy, poznałem świetnych ludzi – zarówno wśród wykładowców, jak i w grupie koleżanek i kolegów – oraz miałem przed sobą jasny cel.

Teraz czas pogodzić się z tym, że coś się skończyło i, jak przysięgaliśmy w trakcie ceremonii rozdania dyplomów, szkolić się dalej, tak żeby nieść jak najbardziej kompetentną pomoc osobom, które przyjdą do nas na terapię.

W trakcie ceremonii rozdania dyplomów miałem zaszczyt powiedzieć kilka słów w imieniu wszystkich absolwentów kierunku Technik Masażysta.

Przede wszystkim dziękowałem nauczycielom i pracownikom szkoły, którzy nie szczędzili trudu, pracując niejednokrotnie poza swymi godzinami pracy żeby przygotować nas do zdania państwowego egzaminu.

Ważnym wydało mi się również, że te ostatnie dwa lata były swego rodzaju projektem, w którym szkoła i uczestnicy zajęć razem brali udział, a nasz zdany egzamin było jego zwieńczeniem, wspólnym sukcesem.

Na koniec mej wypowiedzi zauważyłem jeszcze, że różne będą teraz nasze losy: niektórzy zaczną studia z fizjoterapii, inni będą łączyli zawód masażysty ze swym dotychczasowym zawodem, a jeszcze inni zadowolą się niesieniem pomocy bliskim osobom. W każdym jednak wypadku uzyskaliśmy bardzo dobre średnie wykształcenie medyczne, które zwiększy również naszą świadomość odnośnie zdrowia własnego oraz osób z naszego otoczenia.

W poszukiwaniu sensu

Sierpień, ze względu na upały, jest w większości krajów naszego regionu uważany za czas wakacyjny, na który to czas planujemy dłuższy odpoczynek od codziennych zajęć. Ma być to okres relaksu i odsunięcia od siebie wszelkich zmartwień – wszakże bez takiego, chociażby chwilowego uwolnienia się od stresu trudno będzie nam stawiać czoło czekającym nas wysiłkom, związanych z życiem rodzinnym, zawodowym oraz spełnianiem własnych ambicji i marzeń.

                Niestety nie jesteśmy w stanie całkowicie kontrolować naszego otoczenia oraz innych ludzi, dlatego też również w trakcie urlopu mogą dopaść nas rozmaite rozterki lub niemiłe zdarzenia. W takich właśnie okolicznościach, nieco przybity relacjami ze spotkanymi ludźmi, trafiłem przypadkiem na książkę Człowiek w poszukiwaniu sensu Victora Frankla. Tytuł książki jest na tyle frapujący, że pewno sięgnąłbym po nią nawet wtedy, gdybym nie był zdołowany. Natomiast w sytuacji w której wszystko wokół mnie jawiło się w ciemnych barwach, okładka tej niewielkiej książki mocno przykuła mą uwagę. Dość szybko zorientowałem się, że nie mam do czynienia z typowym poradnikiem, ponieważ na okładce widnieją, poza wzbudzającym optymizm kolorowym ptakiem, szare chmury oraz zarysy obozu koncentracyjnego. I dopisek Głos nadziei z otchłani Holokaustu. Chyba trudno wyobrazić sobie cięższy gatunkowo kaliber literatury, zwłaszcza w kontekście wakacji, ale potrzebowałem psychicznego wsparcia i pomyślałem, że jeśli można było znaleźć  nadzieję będąc więźniem obozu koncentracyjnego to i mnie powinno się udać.

Trudno pozbyć się wrażenia, że powyższe rozważania brzmią nieco niedorzecznie, bo jak człowiek, który prowadzi w miarę normalne i uporządkowane życie, ma porównywać się z kimś, kto doświadczył tak bezdennego zła, jakim było masowe mordowanie ludzi w trakcie drugiej wojny światowej? Okazało się jednak, że twórca logoterapii, czyli terapii polegającej na pomaganiu pacjentowi w odnalezieniu życiowego celu, miał właśnie taki zamysł: pokazać, że nawet w tak ekstremalnych warunkach, jakimi jest walka o przeżycie w obozie Auschwitz czy Dachau, można zachować poczucie, że nasze życie ma sens i że zawsze zachowujemy prawo wyboru, nawet jeżeli jest to wybór godnego cierpienia i śmierci.

Wydawnictwo Czarna Owca, 2011

Niezwykle wiarygodnie brzmią te i inne spostrzeżenia austriackiego neurologa, psychiatry i filozofa, który jako świadek przygląda się – przez pryzmat wyżej wymienionych trzech dziedzin nauki – życiu w cieniu ogromnych pieców krematoryjnych. I jak sam zapewnia we wstępie książki, nie stawia sobie za cel epatowania okrutnością, chociaż w takim kontekście trudno nie zadawać sobie pytania, jak człowiek mógł dopuścić się zbrodni, której opis budzi niewyobrażalną rozpacz i całkowity upadek wiary w rasę ludzką. Zapewne potrzeba było niezwykłego umysłu, przyszłego profesora Uniwersytetu Wiedeńskiego, żeby nawet w obliczu codziennego ryzyka śmierci, głodu, zimna i bicia przez obozowych strażników dokonać obserwacji, które pozwoliły mu przetrwać w sumie trzy lata w kilku obozach koncentracyjnych. Okazało się, że tym, co wtedy pomogło doktorowi Franklowi, a co później pomagało również jego pacjentom, było przede wszystkim szukanie sensu we wszystkim, co go spotykało oraz zachowanie nadziei mimo ogromnego nieraz cierpienia, ale również zwykła ciekawość tego, co wydarzy się dalej w jego życiu, a także czarny humor, który pozwał nabrać dystansu do siebie i swego położenia.

Wydana po raz pierwszy w 1946 roku książka Człowiek w poszukiwaniu sensu, wielokrotnie wznawiana, tłumaczona i sprzedana w kilkunastu milionach egzemplarzy na całym świecie, zawiera również część prezentującą podstawy logoterapii i jej podstawowe narzędzia pracy. I chociaż do mych rąk trafił egzemplarz wydania z roku 2011, nie jestem w stanie powiedzieć czy trzecia szkoła wiedeńska jest dzisiaj szeroko praktykowana na świecie – wszakże nurtów i podejść psychoterapeutycznych powstało wiele. Natomiast mnie w pamięć wryły się głównie dwa fragmenty tej teoretycznej części. Pierwszy to ten, w którym Frankl opowiada, że zazwyczaj zadaje swym cierpiącym pacjentom dość brutalnie brzmiące pytanie: dlaczego, mimo ogromnego bólu – wynikającego z nerwicy czy depresji – nie odbierają sobie życia? To szokujące pytanie rzeczywiście pozwala zdać sobie sprawę z tego, kto jest dla nas w życiu najważniejszy i co powoduje, że mimo wszystko znosimy różne porażki, niesprawiedliwości i cierpienia. Drugi fragment to ten, w którym wiedeński psychoterapeuta wykłada swą filozofię życia, w myśl której tylko znalezienie prawdziwego sensu życia, czyli takiego, który wynika z naszego zrozumienia siebie oraz miłości do innych ludzi, pozwoli nam uniknąć poczucia egzystencjalnej pustki. Obranie w życiu takiego kierunku ma spowodować, że pogodzimy się z mijającym czasem, albowiem będzie on wypełniony takimi wspomnieniami, które pozwolą z przyjemnością i spokojem ducha spojrzeć na mijające życie. Życie, które nabierze pełnego sensu dopiero wtedy, kiedy je przeżyjemy takim, jakim jest: jedyne i niepowtarzalne, bo nasze.

Staram się patrzeć na własne życie z wdzięcznością, bo na pewno wiele od niego dostałem. Czasami jednak przytłaczają mnie jakieś przeciwności losu i zapadam na widzenie tunelowe, czyli postrzeganie siebie jedynie przez pryzmat sytuacji, w której się znalazłem i z którą to sytuacją nie od razu umiem sobie poradzić. Na szczęście posiadam kilka sposobów radzenia sobie w podobnych okolicznościach i będę mógł do tej listy dopisać logoterapię, czyli sztukę znajdowania sensu nawet tam, gdzie z pozoru go nie ma. 

O zmianie, szukaniu siebie i życiowych mądrościach

Niektóre prawdy życiowe mogą brzmieć jak banał, zwłaszcza kiedy są powtarzane zbyt często i w oderwaniu od kontekstu. Sentencja, którą mam teraz na myśli brzmi mniej więcej tak: w życiu można osiągnąć wszystko, czego się naprawdę potrzebuje, wystarczy tylko poznać swoje rzeczywiste potrzeby i być uważnym. Albowiem wszystko, czego potrzebujemy jest w zasięgu naszej ręki, tu i teraz. Dodałbym jeszcze, że – chociaż powyższa mądrość obiecuje spełnienie niejako w sposób natychmiastowy – wypadałoby jeszcze uzbroić się  w cierpliwość. Ponieważ jeśli marzysz o znalezieniu zajęcia, które da Ci satysfakcję, prawdopodobnie nie znajdziesz go z dnia na dzień. Być może dosyć szybko zrozumiesz, czym to zajęcie jest, a może na początku zrozumiesz tylko, jaka jest tego zajęcia natura. Ale całość będzie procesem. Drogą, dō, tao. Zaproponowałbym więc kolejną prawdę życiową: naucz się czerpać radość z kroczenia drogą. Nie nastawiaj się na natychmiastowe dotarcie do celu.

Żeby zilustrować powyższe tezy, opowiem Wam o tym jak ostatnimi czasy zmienia się moje życie. Nie będą to jakieś spektakularne, gwałtowne i ostateczne metamorfozy, ponieważ wynikają one z wieloletniej i konsekwentnej pracy nad sobą. Z pracy, która trwa i, mam nadzieję, trwać będzie nadal. 

Weźmy pod uwagę chociażby ten tekst. Wczoraj rozmyślałem o tym, że interesuje mnie zmiana. Jej dynamika, proces, sens. To, co ona mnie i innym może dać. A dzisiaj otworzyłem pewien miesięcznik, który zaprasza czytelniczki i czytelników do napisania o roku, który zmienia wszystko. Od razu jakiś wewnętrzny krytyk podszepnął mi, żebym nie bawił się w pisanie wypracowań i to na prośbę redakcji, która na jednej stronie publikuje artykuł o modowym minimalizmie, a na drugiej reklamuje nowe kolekcje ubrań wyprodukowanych (zapewne) w niegodziwych warunkach. Jednak wewnętrzna mądrość podpowiada: nie skreślaj całości, nawet jeżeli część Ci się nie podoba. Korzystam zatem z tej kolejnej życiowej prawdy, która nota bene pomogła mi przede wszystkim bardziej zaakceptować siebie. 

Zatem wczorajsza myśl o zainteresowaniu zmianą, dzisiejsze otwarcie magazynu, znalezienie zaproszenia do pisania, a teraz czyn. W głowie słyszę różne rozmowy, wracają zdarzenia z przeszłości. Wszystko, co chcę wyrazić już tam jest, pozostaje mi tylko wykonać wysiłek i przelać to na papier. Czy chcę wygrać konkurs? Albo żeby mój tekst został opublikowany? Jedno i drugie byłoby miłe, ale obydwie te sprawy schodzą na drugi plan. Ponieważ piszę i dzięki temu coś układa mi się w głowie. Moje życie nabiera nowego sensu? Czemu nie. Twoje życie ma sens, tylko czasami go nie widzisz. Ta kolejna prawda życiowa jest dla mnie dowodem na to, że podróże w czasie są możliwie. Bo jeżeli nawet teraz coś albo wszystko wydaje Ci się bez sensu, to może za jakiś czas – jeżeli dasz sobie szansę, jeżeli na to pozwolisz – przeszłe wydarzenia nabiorą sensu i ułożą się w całość. Zupełnie jak czarno-biała retrospekcja w filmie. 

A gdzie ten mój znamienny rok, który zmienia wszystko? Zwlekam z mówieniem o nim, bo mam niechęć do takiego cięcia życia na etapy. Wszakże te lata, które minęły są jak angielski czas Present Perfect, o którym mówi się, że opowiada o czymś, co działo się w przeszłości, ale jednocześnie ma skutki w teraźniejszości. Każdy mój rok to po prostu moje życie, które staje się coraz bardziej takie, jakim chciałbym, żeby było. Żaden rok nie jest odcięty od reszty życia, ale z tego życia wynika. I powoli przynosi kolejne zmiany, które jednak nierzadko okupione są frustracją, bólem i niepewnością. 

Jaką nową mądrość chcę Wam teraz przedstawić? Że twoje życie nie jest workiem bez dna. Nie możesz ciągle wrzucać do niego nowych rzeczy i wierzyć, że worek nie pęknie. Pęknięciem w tej analogii jest jakiś kryzys, depresja, apatia, przybicie, a może przede wszystkim stres i napięcie. W szkole medycznej, w której już czwarty semestr uczę się sztuki masażu doświadczyłem empirycznie, że ciało reaguje na stres napięciem. W wyniku zdenerwowania przyjmujemy zgarbioną obronną postawę, a poszczególne mięśnie skracają się lub wydłużają, wpływając na układ kostny. Ponieważ zarówno mięśnie jak i kości są unerwione, ich receptory wysyłają informację do mózgu. Używając języka ostrzeżeń obecnych w wagonach metra: informują o nietypowym zdarzeniu. Mózg uruchamia układ hormonalny, adrenalina, kortyzol i inne substancje zaczynają działać. Niestety nie zawsze z pozytywnym dla nas skutkiem, ponieważ cały ten system miał człowiekowi służyć w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, a obecnie ten wewnętrzny alarm dzwoni prawie non stop, a my właściwie go ignorujemy. 

Jak to się ma do mojej przemiany? Otóż jakiś czas temu zrozumiałem, że warto jest czasami zrobić trochę miejsca w swym życiu, w swej głowie. Sprawnie opisuje to sentencja nic się nie zmieni, jeżeli nic nie zmienisz. 

Chcesz czuć więcej spełnienia, spójności, spokoju? Prawdopodobnie trzeba będzie z czegoś zrezygnować. Dla mnie była to rezygnacja z, mówiąc językiem urzędu pracy, pewnej i dobrze płatnej posady. Brzmi znajomo? Wykonujesz zajęcie, które nazywasz pracą, robotą, harówą czy orką? Zajęcie, które wydaje się musi być i ma dawać sens oraz poczucie bezpieczeństwa. Tylko niestety przy okazji zabiera Twą radość życia. Bo jedziesz do pracy przez godzinę w korku, żeby zostawić samochód na wywalczonym miejscu parkingowym pod biurowcem, w którym kolejne osiem godzin patrzysz w monitor i dbasz o to, żeby ktoś, kto ma dużo, miał jeszcze więcej. Właściwie pracujesz w fabryce, która produkuje cyfrowe dane. Potem kolejną godzinę spędzasz w ławicy aut w drugą stronę, narażając się na wątpliwą przyjemnością stykania się z frustracją innych, przekierowaną na Ciebie i Twe miejsce na drodze. I vice versa oczywiście, bo tak samo Ty nienawidzisz innych, jak oni Ciebie.

Stwierdziłem w końcu: dość. Ale coś we mnie drżało, niepokoiło się. Nie będzie co miesiąc odpowiedniej sumy na koncie? Nie będzie nowych ubrań, podróży, gadżetów? Co ze mną będzie? Może zniknę, zginę, przepadnę, wypadnę z nurtu… A może jednak spróbować, w końcu chyba od zmian się nie umiera? Trzeba to tylko dobrze rozegrać. Zrobić miejsce. Zaplanować zmianę. Zacząłem więc szukać zajęcia, które wydawało się mieć większy sens, niż dotychczasowe. Niech przynosi środki finansowe, które wystarczą na to, co najważniejsze. Poza tym adieu czterem kółkom, dwóm kółkom, ubezpieczeniom, naprawom, garażom, miejscom parkingowym. Zacząłem uczyć w szkole językowej. Dyplom nauczyciela od jakiegoś czasu leżał w szufladzie, ale byłem sobie wdzięczny, że nie poddałem się swego czasu gramatyce opisowej i dokończyłem parę lat temu studia. 

Postanowiłem, że do szkoły dowiezie mnie rower. A pracując na nowej umowie, zwanej zleceniem, też miałem jakieś prawa, mogłem chodzić do lekarza i z radością odprowadzać składki na emeryturę. Jednak rzeczywistość skrzeczała dalej. Większość dzieci i młodzieży pobieraniem nauki zainteresowane nie była. Zazwyczaj moja lekcja była ich trzecimi zajęciami dodatkowymi z kolei. Nieliczni byli zainteresowani uczeniem się. Reszta albo zasypiała, albo puszczały im wszelkie blokady. Krzyczeli, piszczeli, padali na podłogę. Pełen przegląd niezrównoważonych reakcji. 

Tymczasem na rowerze miałem jeszcze mniejsze szanse w zderzeniu z drogowym życiowym frustratem, zamkniętym w blaszanej puszce. Wyjazd spod domu rozpoczynał codzienną walkę o przeżycie na pasach. Rozumiem, każdy się śpieszy, pędzi do pracy, do domu, na dodatkowe zajęcia – swoje lub dzieci. Kierowca samochodu nienawidzi rowerzysty zawalidrogi, pieszy nienawidzi rowerzysty, bo zabiera mu pół chodnika. Zresztą, nawet jadąc na rowerze, sam doznawałem podobnych emocji: szybciej, może przejadę na różowym świetle i będę w pracy pięć minut wcześniej. Zdążę sobie zrobić kawę przed pierwszą lekcją…

Czy już tak musi zostać? Wieczna frustracja, stres, niezadowolenie, współpraca z zaślepionymi ludźmi, którzy mylą pracę z sensem życia? Albo z ich dziećmi, które mają znać języki obce, żeby dostać dobrą pracę, żeby dobrze zarabiać, żeby kupować nowe ubrania, podróże, gadżety? Mówiąc żargonem terapeutycznym: nie ma we mnie na to zgody. 

Spowodowało to kolejną zmianę. W końcu wszyscy wiemy, że życie to sztuka wyboru. Zatem rower przeważnie stoi w piwnicy. Może kiedyś będzie służyły na polnych drogach. Staram się też wybierać takie miejsca – specjalistów, kawiarnie, sklepy – do których mogę dotrzeć pieszo albo komunikacją miejską. Nie przedłużam umowy zlecenie w szkole językowej. Ale zanim to nastąpi, robię trochę oszczędności – dzięki skromniejszemu życiu. Zaczynam szukać tego, co mnie interesuje. Wracam do dawnych planów studiowania fizjoterapii i trafiam do dwuletniej szkoły masażu. Z czasem pojawiają się pierwsi chętni na moje usługi. Zakładam stronę internetową. Piszę teksty o zdrowiu i kręcę krótkie filmy o masażu i ćwiczeniach medycznych. Dzielenie się wiedzą daje mi radość. Czuję większy spokój. Co będzie dalej? Spokojnie, może wszystko się zmieni. Na szczęcie mam siebie i bliskie mi osoby. I kolejny plan.